20 sierpnia 2012

Relacja z drugiego końca Polski.


Mając aż miesiąc urlopu , wpakowałam się z moją czerwoną walizką w pociąg relacji Katowice-Kołobrzeg, by po 8 godzinach wysiąść w Malborku, a stamtąd czerwonym "peżotem" mknąć do Stegny. Ok, pewnie jest wiele umiejętności ważnych podczas tak długich podróży, za najbardziej przydatną jednak uważam niemal natychmiastowe zasypianie w bujającym środkach transportu ! :-)


Typowa polska plaża, z typowa polska roślinnością.. Prawie cały tydzień mogłam marszczyć nos i mrużyć oczy w palącym słońcu, przy 30stopniowym upale. Dzięki temu też, pierwszy raz w ciągu 5 lat mogłam choć przez chwilę nacieszyć się brązową opalenizną.


U Dziadków na szczęście niewiele się zmieniło. Dziadek wciąż z tą samą pasją zagląda do "jego pomidorów" i mimo, że co roku sadzi już mniej innych warzyw, to odmian pomidorów przybywa.. niekwestionowanym królem ogrodu pozostaje wciąż słodziutka odmiana malinowa!


Przez parę ostatnich lat spóźniałam się na sezon porzeczkowy. W tym roku udało mi się dopaść jeszcze jeden, gęsto "udekorowany" owocami krzak białej porzeczki.. mmm..


Dziadek jest stały w swej "miłości" do pomidorów, Babcia natomiast, stale z nieukrywaną przyjemnością ( i uporem! :-) ) karmi wszystkich nieprzyzwoitą ilością nieprzyzwoicie dobrego jedzenia. Następnym razem muszę zapamiętać, żeby przywieźć ze sobą dodatkowy żołądek i hipermetabolizm.
Pierwsza w kulinarnej kolejce była flądra. Pojechaliśmy z samego rana do Kątów Rybackich. "Włodek, kup tak po 3 fląderki na głowę", co na oko daje ok.4kg ryby.. wracamy z 8(!). Nie pamiętam Babci komentarza, ale była dość spokojna wiedząc, że smażenie ryb, to od zawsze "nie jej działka".. chociaż tak, na pewno padło słowo "szaleństwo" :-)


Po przyjeździe przychodzi pora na filetowanie i przygotowanie ryby na smażenie ( na garażowym piekarniku przeznaczonym TYLKO do smażenia ryb :-) ) następnego dnia. Wydaję mi się, że smażona flądra i cały ten "rytuał" jej przygotowywania obserwowałam od dziecka, co wakacje - dziadek  siadał przed swoim warsztatem, w jednej ze swoich "odświętnych" koszul (jak ironicznie lubi je nazywać Babcia) i  po kolei, każda z ryb szła pod ostry nóż. Jako dzieciak, niby mnie to wszystko brzydziło, a jednak za każdym razem podbiegałam, by podpatrywać z ciekawością..

 Co naprawdę oznacza "leżeć plackiem" ;-)

Ryba rybą, a gofry goframi.. Dagmara ochoczo kiwa głową na pytanie babci, czy na kolację smażymy gofry. Kuba tylko się uśmiecha i już wiem, że zostałam przegłosowana przez dwójkę ośmiolatków - super! Ale łamię się, kiedy w kuchni zaczyna pachnieć, a dwudziestoletnia gofrownica skwierczy i paruje. Otwieram słoik dżemu porzeczkowego i tegorocznego - jabłkowego. Mielimy cukier puder i zasiadamy do stołu.. "Madzia" pałaszuje chrupiące gofry równie dzielnie jak pozostała dwójka :-)


Udanego tygodnia!

6 komentarzy:

  1. Ale masz wory pod oczami! :) ale generalnie zazdroszczę ...

    OdpowiedzUsuń
  2. PIF, zaraz zrobię Ci Paf! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. :) a te flądry dziadkowe to w jakiejś marynacie? wygląda mi to na jąką Vegete czy cuś??... i co to za panierka? mąka sama?

    OdpowiedzUsuń
  4. Vegeta i sól - to wiem,a czy dodawany jest jeszcze jakiś magiczny składnik - aj dont noł.. Przynajmniej jestem pewna, że panierką jest zwykła mąka pszenna :)

    OdpowiedzUsuń
  5. brakuje mi takich dziadkowych wakacji. zazdroszczę.

    OdpowiedzUsuń