3 grudnia 2013

Soho Food Market.


Kolejny wypad do Warszawy, tym razem nie łączył się z dylematami, jakie miejsca odwiedzić/zwiedzić w trakcie (zawsze niesamowicie szybko uciekającego) weekendu.
Pierwszy dzień spędzamy na warszawskiej edycji konwentu tatuażu, który wypadł trochę blado na tle wydarzeń z Krakowa, czy Katowic. W dniu imprezy, w towarzystwie mżawki i zimnego wiatru, stoimy w kolejce pół godziny, ponieważ tylko w jednym okienku sprzedawano bilety. Sprzedawano je wolno.
Wewnątrz oczekiwany szum i "bzyczenie" maszynek do tatuowania. Wiele barwnych postaci przemyka mi przed oczami i co chwilę "boli" mnie na samą myśl, o bólu, który inni musieli czuć tatuując się w najprzeróżniejszych miejscach. Podkradam wizytówki z paru stanowisk, bo mimo "psychicznego bólu" mam ochotę zmierzyć się z tym fizycznym podczas własnej sesji. Mam jednak wrażenie, że wybranie ostatecznego motywu zajmie mi resztę życia.
Drugiego dnia, jako, że jedzenia w planie wypadowym zabraknąć nie mogło, odwiedzamy Soho Food Market. I jesteśmy głoooodni. 


Nie ukrywam mojego zachwytu nad samym miejscem, w którym wszystko się dzieje. Ogromna pofabryczna przestrzeń, drewniany strop, betonowa posadzka i biel, jestem "u siebie".
Na stoiskach wiele znanych stołecznych knajp. Na początku ciężko mi się zdecydować na coś konkretnego, wszystko wygląda i pachnie.. i kusi.


W końcu decyduję się na kuchnie gruzińską w Mała Gruzja. Czytam opisy i prawie w każdym daniu pojawiają się orzechy. Przepraszam, czy zrobiliście to wszystko dla mnie ? (mruga szybko powiekami)
Na talerzu ląduje bakłażan z pastą orzechową, pieczarka w panierce i tartaletka z nadzieniem szpinakowo-orzechowym. Smakuje mi wszystko! Tylko, czy 5 zł za sztukę, to aby nie ciut za dużo?


Następnie ruszam do Baobabu (z kuchnią Senegalu) po krem z batatów (od dawna chciałam spróbować czegoś ze słodkich ziemniaków) i pierożki z warzywami z sosem pomidorowym. Wszystko trafione, brzuch napełniony, kubki smakowe mruczały.
Brian, którego kulinarne gusta znacznie różnią się od moich zajadał się zupą hiszpańską z duuużą ilością żółtego sera, wieprzowiną i natchosami i popędził, po dawkę cukru na stoisko z holenderskimi naleśnikami ( i średnio wysmażonymi ).


Organizatorzy zapowiadają, że kulinarne wydarzenia będą się tam odbywać cyklicznie, więc zachęcam Was do śledzenia ich fanpage'a : Soho Food Market. Jeśli będę miała okazję, to na pewno znów się tam pojawię. Oby tylko, jak najszybciej!

28 listopada 2013

VEG DELI.



VEG DELI, to jedno z kolejnych miejsc, do których nie trafiłabym zapewne bez pomocy internetowego szumu i zachwytu nad restauracją.
Druga rzecz - muszę przyznać, że ciągnęła mnie do niego ciekawość spróbowania wegańskiej kuchni w interesującym (jak mi się wydawało) wydaniu.. Do menu trafiają wyłącznie potrawy bez produktów pochodzenia zwierzęcego. Osobiście wykluczenie jajek i produktów mlecznych w kuchni wydaje mi się dużym wyzwaniem, którego na dłuższą metę bym się nie podjęła, ale dlaczego by nie sprawdzić, jak sobie poradzili z nim inni ? :-)


Wnętrze od razu przypada mi do gustu. Pewnie bez narzekania, mogłabym być "zmuszana" do przesiadywania w nim przy kubku herbaty lub kawy.  Jasne kolory, surowe faktury, misz-masz stylów i kilka ładnych "rupieci" (prawie, jakbym opisywała swój pokój.. tylko w nim, przez owe rupiecie, zaczyna brakować już miejsca ;-))


Na wnętrzu  (NIESTETY !) zachwyt mój się kończy i pisząc to czuję lekkie wyrzuty sumienia, że to "może taki dzień", "może nie te pozycje w menu".. Nie wiem.
Pierwszym daniem, które próbujemy jest spaghetti.


Całkiem smaczne, może domagałoby się ciut lepszego doprawienia.. jednak nie dość dobre jak za tą cenę - ponad 20zł.
Natomiast zupa tajska.. tak, na zdjęciu powyżej to zupa tajska... Smakowała tak, jak wyglądała. Kilka nitek makaronu ryżowego i kawałków grzybów, ledwie wyczuwalne mleko kokosowe i WODA. That's it. Danie nijakie.


Może i trafiliśmy na gorszy dzień kucharza i wypadałaby dać knajpie drugą szansę, ale niespecjalnie mam na to ochotę.
Dziękuję jednak, VEG DELI, że mogłam zjeść posiłek w sąsiedztwie Lidii Popiel :-)

VEG DELI
ul. Radna 4
Warszawa


25 listopada 2013

Tarta czekoladowa z jabłkiem i rodzynkami.


Z wielkiej siatki przywiezionej znad morza patrzą na mnie piękne, rumiane jabłka.. od tygodnia.
Co z nich zrobić ? Babeczki? Ciasto ? Z cynamonem? Nie e... Tartę może? Tylko nie z cynamonem... Czekoladową!
Kruchy spód tarty i wilgotne, mocno czekoladowe wnętrze świetnie ze sobą współgrają. Nie znajdziecie tu jednak mocno jabłkowego smaku, jak chociażby w szarlotce.
I wierzcie mi, że jabłko i rodzynki zatopione w czekoladzie, to był strzał w dziesiątkę ! Właśnie tego dnia, kiedy na korzenne przyprawy nie miałam absolutnie ochoty!

Polecam ja i pani X. , która żarliwie próbowała mnie namówić do otwarcia cukierni, uświadamiając przy okazji, iż minęłam się z powołaniem.
Do dzieła więc!

Tarta czekoladowa z jabłkami i rodzynkami. 

składniki na formę do tarty o średnicy 23cm.

Spód:
175g mąki pszennej
25g kakao (+ trochę więcej do podsypywania ciasta przy rozwałkowywaniu)
50g cukru
100g zimnego masła
1 jajko

Wypełnienie:
45g miękkiego masła
80g brązowego cukru
1 jajko
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
90g mąki pszennej (+ ok. 1 łyżka do obtoczenia rodzynek)
1 duże jabłko
100g gorzkiej czekolady
100g mlecznej czekolady
180ml kremówki 30%
1/2 szklanki rodzynek


Zaczynamy od przygotowania kruchego spodu.
Masło kroimy w kostkę i wrzucamy do miski razem z pozostałymi składnikami. Wyrabiamy ciasto rękami, aż do momentu, gdy wszystkie składniki się połączą. Należy starać się robić, to jak najszybciej, zanim masło zacznie się topić pod wpływem ciepła rąk.
Formujemy kulę. Ciasto wykładamy na stolnicę. Lekko podsypujemy kakaem - zarówno blat, jak i wałek, by ciasto do niego nie przywierało.
Rozwałkowujemy na okrąg o średnicy większej, niż nasza forma do tarty, żeby zakryć także brzegi.
Delikatnie zawijamy ciasto na wałku i rozwijamy je na formie. Palcami przyklejamy ciasto do brzegów naczynia i pozbywamy się jego nadmiaru z krawędzi. Nakłuwamy spód widelcem w kilku miejscach. Wsadzamy do zamrażarki na czas przygotowywania wypełnienia.


Rozgrzewamy piekarnik do 170C.
Rodzynki zalewamy wrzątkiem tak, aby wszystkie znalazły się pod wodą (można zastąpić rumem).
Miękkie masło ucieramy z cukrem. Wbijamy całe jajko, proszek do pieczenie, a następnie, miksując na niskich obrotach, dodajemy mąkę.
Kremówkę podgrzewamy na niewielkim ogniu, aż zacznie wrzeć. Zdejmujemy z palnika i wrzucamy połamaną w kostki czekoladę ( zostawiając po 1 kostce z każdej tabliczki do dekoracji ). Mieszamy, aż wszystko połączy się w gęsty krem.
Dodajemy do czekolady wcześniej przygotowane ciasto i delikatnie mieszamy łyżką, aż do uzyskania jednolitego kremu.
Rodzynki odsączamy z wody i obtaczamy w pozostałej mące. Równie delikatnie dodajemy je do kremu.

Wyjmujemy spód do tarty z piekarnika i podpiekamy go przez 10 minut.

Jabłko myjemy, pozbywamy się gniazd nasiennych i kroimy w dość grube paski. Nie obierałam owoców, ponieważ chciałam dodać koloru tarcie.

Po wyjęciu spodu z piekarnika wlewamy na niego czekoladowy krem i dekorujemy kawałkami jabłek.
Wstawiamy do piekarnika na ok. 30minut.



Po wyjęciu czekamy, aż ostygnie i posypujemy startą czekoladą.

P.S Czasem brakuje czasu, by skupić się nad stylizacją zdjęć. Lepiej poświęcić go więcej na delektowaniu się tym, co na nich <3