Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
5 czerwca 2014
Krowarzywa.
Jeśli wciąż nie potraficie sobie wyobrazić, że wegetariańskie i wegańskie jedzenie może być smaczne, to koniecznie zajrzyjcie do Krowarzywa.
Mój Mięsożerca po pierwszej wizycie stwierdził, że może kolejnym razem dłużej zastanowi się nad wyborem wegetariańskiej opcji burgera z menu...
Nie wierzę mu, ale samo wyznanie, to i tak już nie lada osiągnięcie, skoro wcześniejszym dylematem była jedynie wielkość i waga wołowiny w zestawie.
Krowarzywa, to niewielki lub raczej maciupeńki lokal na Hożej. Podczas naszego pobytu (w porze lunchu), cały czas następuje rotacja ludzi, więc jakimś cudem każdemu udaje się znaleźć kilka centymetrów przestrzeni dla siebie, by posadzić tyłek i delektować się smakiem burgerów.
Tych w menu jest kilka - możemy wybierać spośród stałych pozycji lub skusić się na burgera tygodnia.
Poza nimi mamy także SMUFI, czy przygotowane specjalnie na lato, lody wegańskie (jeszcze nie próbowałam, ale lato długie, więc może zdążę odwiedzić Warszawę w sezonie).
Wybieram zachwalanego na fanpage'u cieciorexa (13zł), a Mięsożerca połasił się na burgera tygodnia - szpinaczexa (16zł) z kotletem z tofu (ktoś musiał oglądać "jurasic park" wymyślając ich nazwy! :))
Oba burgery smakowały obłędnie! Śmiem twierdzić, że mój jednak był lepszy, a pikantny sos pomidorowy, okazał się "kropka nad i".
Popijamy wszystko pyszną, orzeźwiającą lemoniadą - nie za kwaśną, nie za słodką, z dodatkiem mięty i Narzeczony zaczyna snuć plany o przejściu na wegetarianizm, dumnie stwierdzając nawet, że ów dzień można do pierwszego całkowicie bezmięsnego zaliczyć.. wtedy przypomniałam mu, że na pewno dodał szynkę do jajecznicy. Ale to takie tam...
Nikogo do przejścia na wegetarianizm/weganizm namawiać nie będę, ale zajrzyjcie do nich koniecznie ! :)
Krowarzywa
ul. Hoża 42
Warszawa
10 maja 2014
Burger Kitchen.
Każda wizyta w Warszawie musi łączy się z odwiedzeniem kolejnych miejsc na jej gastronomicznej mapie.
"Niestety", ale robienie listy miejsc do odwiedzenia weszło mi już na dobre w krew.
Plus jest taki, że zawsze ucierpi na tym jedynie portfel, ewentualnie towarzysze kulinarnej podróży ćwiczą swoją cierpliwość np. dzięki czekaniu, aż pozujące mi ICH zamówione dania będą mogły zostać w końcu skonsumowane.
W maju odwiedzamy Burger Kitchen.
Trochę się wahałam, bo opinie choć w większości pochlebne, nie do końca mnie przekonują. Ostatecznie jednak daję się namówić, żeby sprawdzić menu zainspirowane podróżami jego właściciela - Tomka Woźniaka.
Podoba mi się wnętrze. Przypomina małe, francuskie bistro, o niezobowiązującym klimacie. Sala podzielona jest na dwie części - w pierwszej obite w kratę siedziska i srebrne, ozdobne kasetony na suficie, w drugiej części bardziej surowo - niewykończone ściany i lustra po obu stronach, można za to przyglądać się kucharzom przy pracy.
Wybieram Farm Burgera z hummusem, warzywami w tempurze i serem halloumi (25zł?) Wszystko to zamknięte w słodkiej bułce brioshe - miękkiej i smacznej, łatwo było ją "zgnieść" by w miarę sprawnie zatopić zęby w burgerze. M. wybiera wersję bez bułki (opcja dostępna przy każdym z burgerów), zawiniętą w liście sałaty lodowej (22zł,czyli różnica w cenie bardzo niewielka).
F. oczywiście wyszukuje wersje z największą ilością wołowinki i na stole ląduje House Burger (26zł). Podobno smaczny, ale nie lepszy, niż w katowickim Cooler'ze.
Za dodatkowy kawałek wołowiny każą sobie słono płacić, bo aż 35zł!
Do zestawu zamawiamy też frytki z rozmarynem i tymiankiem (8zł). Smakują bardzo "domowo", a do tego smażone są wraz ze skórką. Smakowały mi i podobało mi się połączenie ich z ziołami. Jedyne, czego mi zabrakło, to chrupkości. Ilość oleju, które "wciągnęły" ziemniaki była zdecydowanie za duża.. tak jak cena, bo w końcu jakie przebicie w cenie można mieć na 3 ziemniakach i odrobinie przypraw?
Wszystko popijamy bardzo dobrymi sokami (cena ok. 7zł).
Ogólnie bez szału, ale zjemy smacznie, no i możemy liczyć na bardzo miłą obsługę oraz szybkie otrzymanie jedzenia.
Burger Kitchen.
ul. Widok 8
Warszawa
3 grudnia 2013
Soho Food Market.
Kolejny wypad do Warszawy, tym razem nie łączył się z dylematami, jakie miejsca odwiedzić/zwiedzić w trakcie (zawsze niesamowicie szybko uciekającego) weekendu.
Pierwszy dzień spędzamy na warszawskiej edycji konwentu tatuażu, który wypadł trochę blado na tle wydarzeń z Krakowa, czy Katowic. W dniu imprezy, w towarzystwie mżawki i zimnego wiatru, stoimy w kolejce pół godziny, ponieważ tylko w jednym okienku sprzedawano bilety. Sprzedawano je wolno.
Wewnątrz oczekiwany szum i "bzyczenie" maszynek do tatuowania. Wiele barwnych postaci przemyka mi przed oczami i co chwilę "boli" mnie na samą myśl, o bólu, który inni musieli czuć tatuując się w najprzeróżniejszych miejscach. Podkradam wizytówki z paru stanowisk, bo mimo "psychicznego bólu" mam ochotę zmierzyć się z tym fizycznym podczas własnej sesji. Mam jednak wrażenie, że wybranie ostatecznego motywu zajmie mi resztę życia.
Drugiego dnia, jako, że jedzenia w planie wypadowym zabraknąć nie mogło, odwiedzamy Soho Food Market. I jesteśmy głoooodni.
Nie ukrywam mojego zachwytu nad samym miejscem, w którym wszystko się dzieje. Ogromna pofabryczna przestrzeń, drewniany strop, betonowa posadzka i biel, jestem "u siebie".
Na stoiskach wiele znanych stołecznych knajp. Na początku ciężko mi się zdecydować na coś konkretnego, wszystko wygląda i pachnie.. i kusi.
W końcu decyduję się na kuchnie gruzińską w Mała Gruzja. Czytam opisy i prawie w każdym daniu pojawiają się orzechy. Przepraszam, czy zrobiliście to wszystko dla mnie ? (mruga szybko powiekami)
Na talerzu ląduje bakłażan z pastą orzechową, pieczarka w panierce i tartaletka z nadzieniem szpinakowo-orzechowym. Smakuje mi wszystko! Tylko, czy 5 zł za sztukę, to aby nie ciut za dużo?
Następnie ruszam do Baobabu (z kuchnią Senegalu) po krem z batatów (od dawna chciałam spróbować czegoś ze słodkich ziemniaków) i pierożki z warzywami z sosem pomidorowym. Wszystko trafione, brzuch napełniony, kubki smakowe mruczały.
Brian, którego kulinarne gusta znacznie różnią się od moich zajadał się zupą hiszpańską z duuużą ilością żółtego sera, wieprzowiną i natchosami i popędził, po dawkę cukru na stoisko z holenderskimi naleśnikami ( i średnio wysmażonymi ).
Organizatorzy zapowiadają, że kulinarne wydarzenia będą się tam odbywać cyklicznie, więc zachęcam Was do śledzenia ich fanpage'a : Soho Food Market. Jeśli będę miała okazję, to na pewno znów się tam pojawię. Oby tylko, jak najszybciej!
28 listopada 2013
VEG DELI.
VEG DELI, to jedno z kolejnych miejsc, do których nie trafiłabym zapewne bez pomocy internetowego szumu i zachwytu nad restauracją.
Druga rzecz - muszę przyznać, że ciągnęła mnie do niego ciekawość spróbowania wegańskiej kuchni w interesującym (jak mi się wydawało) wydaniu.. Do menu trafiają wyłącznie potrawy bez produktów pochodzenia zwierzęcego. Osobiście wykluczenie jajek i produktów mlecznych w kuchni wydaje mi się dużym wyzwaniem, którego na dłuższą metę bym się nie podjęła, ale dlaczego by nie sprawdzić, jak sobie poradzili z nim inni ? :-)
Wnętrze od razu przypada mi do gustu. Pewnie bez narzekania, mogłabym być "zmuszana" do przesiadywania w nim przy kubku herbaty lub kawy. Jasne kolory, surowe faktury, misz-masz stylów i kilka ładnych "rupieci" (prawie, jakbym opisywała swój pokój.. tylko w nim, przez owe rupiecie, zaczyna brakować już miejsca ;-))
Na wnętrzu (NIESTETY !) zachwyt mój się kończy i pisząc to czuję lekkie wyrzuty sumienia, że to "może taki dzień", "może nie te pozycje w menu".. Nie wiem.
Pierwszym daniem, które próbujemy jest spaghetti.
Całkiem smaczne, może domagałoby się ciut lepszego doprawienia.. jednak nie dość dobre jak za tą cenę - ponad 20zł.
Natomiast zupa tajska.. tak, na zdjęciu powyżej to zupa tajska... Smakowała tak, jak wyglądała. Kilka nitek makaronu ryżowego i kawałków grzybów, ledwie wyczuwalne mleko kokosowe i WODA. That's it. Danie nijakie.
Może i trafiliśmy na gorszy dzień kucharza i wypadałaby dać knajpie drugą szansę, ale niespecjalnie mam na to ochotę.
Dziękuję jednak, VEG DELI, że mogłam zjeść posiłek w sąsiedztwie Lidii Popiel :-)
VEG DELI
ul. Radna 4
Warszawa
25 października 2013
meat love.
Pomimo, że odwiedzamy Meat Love w środku tygodnia, o wczesnej porze, czuje się lekko zaskoczona spokojem w knajpie.
W knajpie, o której tyle zdążyłam przeczytać w kulinarnych magazynach i blogach.. i której zdjęcia na oficjalnym profilu na facebooku tyle razy poddawały w wątpliwość słuszność zrezygnowania z jedzenia czerwonego mięsa i powodowały slinotok na widok solidnego kawałka wołowiny. Oj, tak!
Knajpa jest urządzona prosto. Jest czarny, biały i naturalne drewno. Podoba mi się.
której nie spróbowałam, ale z zazdrością patrzyłam na pysznie wyglądające pieczywo.
Kanapka jest w porządku, może mogłaby być podana nieco cieplejsza, ale - już wiemy! - można zawsze poprosić o dłuższe podgrzanie.
Kanapkę mięsną podają zawsze na zimno. Niby była bardzo dobra, ale Brian upierał się, że właśnie jeszcze lepiej smakowałaby na ciepło. Oboje za to jesteśmy zgodni, że ogórki podane jako sider do kanapek - pyyyycha!
To dobre miejsce na lunch, lub na zjedzenie "bazy" przed wyjściem na %%% imprezę. Chociaż nie mam się do czego przyczepić, to myślę, że to nie knajpa, do której będę często wracać.. Nie oczarowała mnie, a i menu nie do końca dla mnie.
Ale sprawdźcie sami !
Meat Love.
ul. Hoża 62
Warszawa
Meat Love na Facebooku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































