6 października 2011

Tacky czy tacky ?

O  czym wcześniej już mówiłam ,Scarborough zraziło mnie trochę do siebie kiczowatymi pamiątkami i przeciętnymi rozrywkami. Oczywiście, co kto lubi, ale dla mnie spędzenie połowy dnia wewnątrz Amusement Park'u (parku rozrywki czy też salonie gier automatycznych) byłoby stratą czasu. Szczególnie jeśli bardziej 'przyrodnicza' strona miasta , może zapełnić nam kilkugodzinny pobyt.
Facet z kuchenką narobił mnóstwo hałasu, ale nie specjalnie zdawał się tym przejmować :-) Jego oczy z jednej strony na drugą, przemieszczały się z prędkością większą od światła.. A przechodnie ? Chyba widać na zdjęciu obok..
 Wnętrze jednego z najciekawszych sklepów, jakie udało mi się znaleźć. W reszcie można by znaleźć wszystko, co nigdy nam się nie przyda, jest plastikowe, tandetne i mieści się w kategorii BRZYDKIE.
 Jedno z licznych parków rozrywki. Można było zagrać w bingo, jednorękiego bandytę itd. Musiałam uzbroić się w odrobinę cierpliwości , bo moi znajomi okazali się być fanami tego typu rozrywek.. Sammi udało się wygrać 70 funtów - maszyna przez 3 minuty wyrzucała 1funtowe monety, więc zawartość jej torebki zwiększyła swoją wagę o jakieś 50kg :-)
 I to już na tyle z tegorocznych zdjęć z Wysp.

2 października 2011

Scarborough.

Rzeczywistość ma ciężkie zadanie dorównywać naszym wyobrażeniom.
Czy oczekiwałam za dużo od miasta, o którym słyszałam tyle achów, że głupio byłoby się nie spakować i tam nie pojechać ? Może..
Wcale nie twierdzę, że nie warto go odwiedzić. Jest w nim parę fantastycznych miejsc, ale cały efekt psują typowo turystyczne rozrywki, masa kiczowatych pamiątek..
Odwiedzając miejsca mniej znane/odwiedzane, mam wrażenie, że są one moim małym odkryciem. Scarborough jest największym turystycznym resortem w tej części kraju , więc mogłam się spodziewać mnóstwa turystów. Lepszy jednak rydz niż nic - mimo wszystko wróciłabym tam przy najbliższej okazji. Jest przecież morze, piękna latarnia, dobre owoce morza i widoki. :-)
Zaczynam się zastanawiać, czy nie macie uczucia deja vu - cały czas morze, morze, morze.. A wkrótce będzie czas na Bałtyk :-)

30 września 2011

Przepis na życie.

Dziś po raz pierwszy, od czasu mojego powrotu,uchyliłam drzwiczki piekarnika. Okazja przyszła - spotkanie 'po latach' w babskim gronie.
Wszystko byłoby pięknie ładnie, gdyby nie.. samo ciasto.
Baking disaster.
Wcale nie dla tego, że przepis był na poziomie posiadaczy 3gwiazdek Michelin. Nie zapomniałam nawet o wcześniejszym wyjęciu jajek z lodówki, by miały temperaturę pokojową.. Ale zapomniałam, o zepsutym młynku w pojemniku z solą ..
Przechyliłam go więc o 180stopni i nim zdążyłam przekręcić 'główkę', ilość wysypującej się soli zatrzymała bicie serca. Jeszcze nie panikując, łapiąc za łyżeczkę, skakałam w okół miski , by pozbyć się jej nadmiaru.. i krok po kroku robiłam to, co kazano w przepisie.
Ciasto miało być puszyste. Nie było. Pełne bąbelków powietrza. Tych też nie zauważyłam. I miało pięknie wyrosnąć ( te ze zdjęcia miało jakiś 1,5m wysokości, a moje jakieś 1,7 CM :-) ). Pfff..
Po upieczeniu wyciągnęłam foremki z piekarnika. Jeszcze wtedy miałam nadzieję, że 'przecież nie może być tak źle.. nie muszą wiedzieć, że miało być puszyste,piękne, biszkoptowe'. Ale musiały się domyślić ,że nie powinno zawierać w sobie całą sól z Wieliczki. :-)
Poddałam się. A w nagrodę dla samej siebie, zrobiłam tym słodko-słonym ciastkom sesje fotograficzną.. tuż przed tym, nim trafiły do kosza.


 Oby Wasz weekend był bardziej słodki, niż moje wypieki :-)