-
Maciek, jaka tam w końcu będzie pogoda ?! - pytam pakując ubrania do
plecaka i wyobrażając sobie, że fakt, iż z okolic, gdzie jedziemy można
zobaczyć Alpy znaczy mniej więcej tyle, co przebywanie na wysokości
ponad granicą wiecznego śniegu.
-
Nie wiem, przecież o tej porze tam nigdy nie byłem.. -
ok , myślę,
w
takim razie biorę zimową kurtkę. A najlepiej, to wszystko zimowe. Alpy, czy Alaska.. Czarny Las i biały śnieg.. Nie może być tam ciepło,
skoro w Polsce Boże Narodzenie wypadło w kwietniu - upewniam samą siebie w duchu.
Przyjeżdżamy na miejsce i jest
c i e p ł o! Kurtki nie ubrałam ani razu,
za to wyeksploatowałam bluzki na ramiączkach(!), które chyba zapakowałam nie całkiem świadomie.
Miasteczko, w którym się zatrzymywaliśmy - Immendingen - leży na terenie
Schwarzwaldu. Dużo uwagi poświęca się w tym rejonie ochronie środowiska
i wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii. Segregacja odpadów nikogo nie dziwi, a atrakcyjna
kaucja zachęca do oddawania butelek i puszek..
Podobamisię!
Ale przede wszystkim podobają mi się widoki! Wszędzie las, góry, rzeka..
Co prawda, po tygodniu stwierdzam, że mieszkając tam dłużej
zanudziłabym się na śmierć, bo rzeczy wcześniej wymienione, to jedyna
atrakcja w mieście ( i chyba stąd brak ochoty na wyciąganie aparatu.. ). A, przepraszam! Do listy możemy
doliczyć zakupy w Lidlu, który widzieliśmy z okna mieszkania -
idealnego punku obserwacyjnego dla (śląskich) kobiet lubiących przesiadywać w oknach i obserwować sąsiadów :-D
Pierwszego dnia ruszamy na wulkan - Höwenegg krater. Do 1979 roku
wydobywano tu pokłady bazaltu, doprowadzając do powiększenia, głębokiego
na 85m krateru. Podczas mających tam później miejsce poszukiwań
archeologicznych znaleziono doskonale zachowane szczątki antycznego
konia, Hippariona. (
noooo, ejże! może ktoś akurat uzna to za fakt interesujący
;-))
Ze szczytu wulkanu, przy ładnej pogodzie, widać linię Alp.
W kolejnych dniach wybieramy kilka ścieżek spacerowych w lesie i odpoczywamy, jak zasłużeni emeryci.
kolejny post = ładniejsze zdjęcia. (
exuse moi, ale dopadła mnie niechęć do wyciągania aparatu. niektórzy nazwą to lenistwem, ale nie! to na pewno była n i e c h e ć ;-))